Archive for Refleksje

Wstępniak… Again…

Spokój… Światło dzienne leniwie przeciska się przez wąskie szczeliny żaluzji i błękitną taflę zasłon. Cisza… Chwila ciszy… Sekunda odpoczynku dla membran głośników falujących w rytm perkusji i basu blues rockowych utworów. Leniwie sączę chłodną herbatę, której gorzki i cierpki smak choć na chwile ucisza moje wiecznie niezaspokojone pragnienie. I właśnie w tej chwili ciszy, w momencie przełączania się playlist na odtwarzaczu z albumu „Polskie gitary grają Hendrixa” na kilka utworów Stevie’ego Ray’a Vaughan’a w mojej głowie przemyka krótka myśl. Kreuje się koncept… Najpierw jako impuls nerwowy wzdłuż neuronów, by potem uaktywnić się w mojej głowie jako „genialny pomysł”. Przełykam spory haust herbacianego napoju, po czym dochodzę do wniosku, że skoro moje obowiązki pozwalają mi już na wygospodarowanie odrobiny czasu, to może czas… …wskrzesić bloga! Ba, wraz z zakończeniem semestru i zdaniem pracy licencjackiej tego czasu powinienem mieć znacznie więcej, czym tłumaczę sobie nazwanie tego pomysłu genialnym.

Wiem, że próbowałem to zrobić wiele razy, lecz teraz powinno wyjść, wszak w każdym poprzednim wypadku chęć reaktywowania bloga poparta była jedynie nudą, brakowało dodatku  w postaci odpowiedniego zasobu czasu. Poza tym inspiracje czają się za każdym rogiem naszej codziennej egzystencji! No, zobaczymy jak to będzie, na razie czas postawić symboliczną kreskę i wziąć się do roboty…

Symboliczna Gruba Kreska

Reklamy

Pożywka

W sobotni ranek budzi mnie dźwięk syren pojazdów uprzywilejowanych. Pierwszy jeszcze odruchowo zbywam i próbuję spać dalej, ale chaotyczna symfonia kilku kolejnych sygnałów i przede wszystkim ich bliskość powoduje zerwanie się z łóżka i przetarcie zaspanych oczu.

Przyciskam nos do zimnej tafli okna, rozglądam się i… nie widzę niczego nadzwyczajnego… Zwracam uwagę jedynie na to, że znów napadało sporo wstrętnego śniegu. Ale do moich z biegiem czasu rozbudzanych zmysłów zaczyna docierać coraz więcej bodźców. Syreny… Gdzieś blisko… Bardzo blisko… Nakładam bluzę czując wewnętrzny niepokój. Wychodzę na balkon powoli i ostrożnie stawiając kroki po śliskich płytkach jakimi wyłożony jest balkon. I widzę… Kolejny wypadek na Nadbystrzyckiej. Mały Ford Ka i niewiele większy Opel Tigra, dwa wozy strażackie i zawracająca właśnie karetka. Ale z perspektywy ósmego piętra niewiele widać, drzewa zasłaniają resztę jezdni, a w wypadku coś się nie zgadza – Opel ma zgięty przód, mimo że stoi tyłem złączony z Fordem. Może jest trzeci? Ciężko mi przełknąć ślinę. Brat wyjechał na uczelnię z rana. Szybko chwytam za komórkę i wysyłam smsa z pytaniem czy wszystko ok. Muszę się upewnić, szybko ubieram ciepły dres, narzucam na siebie niedbale kurtkę, chwytam za czapkę i wychodzę. Zjeżdżam na dół windą, wychodzę pospiesznie z bloku i szybkim krokiem zmierzam w kierunku Nadbystrzyckiej ślizgając się na zamarzającym śniegu. Dochodzę do miejsca zdarzenia i… czuję wielką ulgę… Nie ma trzeciego auta… Do tego przychodzi odpowiedź od Kuby, „tak, a co jest?”. Na miejscu mało się dzieje, policjanci z nie oznakowanego radiowozu drapią się po głowach, a żadnego strażaka nie widzę w pobliżu, pomimo dwóch pojazdów tej służby. Ranni już zabrani, na miejscu stoi jedynie spora dość liczna grupka gapiów snujących insynuacje i podważających inteligencję ofiar wypadku. Szybko wizualizuję sobie wypadek i dochodzę do wniosku, że Opel jest tak odwrócony, bo zapewne po uderzeniu zaczął się obracać, a potem siłą rozpędu „dobił” do drugiego auta. Chcę wrócić do mieszkania. Odwracam się i w tym momencie zaczepia mnie pytaniem dojrzała kobieta, niczym nie wyróżniająca się wśród innych, „ktoś zginął?”, „nie wiem, mam nadzieję, że nie” odpowiadam zamierzając odchodzić, a kobieta kwituje to westchnieniem i zawiedzioną miną. Nie potrafię zajrzeć jej w umysł i odczytać myśli, ale zabrzmiało to… okrutnie… Zabieram się w drogę powrotną, idę po schodach w kierunku supermarketu mijając po drodze dwóch mężczyzn, na oko 27 – 30 lat. Obaj dzierżą w dłoniach po aparacie cyfrowym i wymieniają spostrzeżenia: „ten debil za*******ał pewnie od miasta”, „no i nie potrafił tego robić tak jak my, bez przypału”, po czym biorą się do robienia zdjęć. Wracając myślę…

To, że mało ambitne media faszerują nas jeszcze mniej ambitnymi treściami nie jest tylko „zasługą” dziennikarzy, ale również samych odbiorców – to ich chore fascynacje powodują, że poruszana jest tematyka odnosząca się do tak niskich instynktów. Gwałty, morderstwa, kradzieże, dewiacje, śmierć… Kontrowersyjne rzeczy przyciągają audytorium… Gdyby nie obleśna ciekawość rzeczy, które powinny zostać w strefie prywatnej osób (choćby tych znanych), nie pociąg do tego co złe (chociażby po to, żeby przez chwilę poczuć się lepszym) to podejrzewam, że wydawcy nie zgadzali się na drukowanie tak płytkich tekstów. A że w dzisiejszym świecie niestety praktycznie wszystko kręci się wokół blasku monety media korzystają z okazji i niestety spełniają niskie oczekiwania mas karmiąc je takimi właśnie treściami. Błędne koło… Czy jest wyjście z tej sytuacji? To już pozostawiam do refleksji każdemu, kto przeczytał ten tekst i ma na te przemyślenia ochotę.

Autorytety…

Ostatnio daje się zauważyć pewną (przykrą moim zdaniem) tendencję, która – wcale nie powoli – zaczyna być coraz powszechniejsza. Można ją zaobserwować w życiu codziennym, można o niej przeczytać w tzw. fachowej prasie, gdzie dyskutują na jej temat „osoby, które mają przed nazwiskiem więcej liter i skrótów, niż jest symboli w tablicy Mendelejewa” (pozwoliłem sobie na parafrazę wypowiedzi mojego dobrego znajomego 😉 ).
Tą tendencją jest pewna zmiana w podejściu dzieci i młodzieży do autorytetów, a konkretniej popadanie w skrajności: albo całkowite ich odrzucanie, albo przyjmowanie ich bezkrytycznie, nie wspominając już nawet o tym, że coraz częściej autorytetami stają się ludzie, którzy krótko mówiąc być nimi nie powinni.
Daruję sobie tych ostatnich. Ale warto się zastanowić nad dwoma pierwszymi podejściami.

Rezygnacja przez młodzież z autorytetów to już nie to samo zjawisko co w buntowniczych latach 60’, 70’, czy 80’. O ile tamtą postawę można było „usprawiedliwić” (choć nie do końca trzeba to robić) pewnymi kontekstami historycznymi, politycznymi, czy społecznymi i uznać tamten nonkonformizm jako wyraz sprzeciwu np. wobec postępowania władz, o tyle postawa dzisiejszej młodzieży moim zdaniem wywodzi się bardziej z obojętności i bierności, aniżeli z przybranej postawy buntowniczej. Nie postrzega się teraz autorytetów tak jak dawniej, bo również i szacunek do innego człowieka uległ „degradacji”. Upadają podstawowe relacje międzyludzkie. Do ludzi starszych coraz częściej większość młodych ludzi odnosi się w sposób lekceważący, negując tym samym ich doświadczenie, „mądrość życiową” i nierzadko bogatą i barwną historię. Niewątpliwie u źródeł tej postawy leży również „debilizacja” społeczeństwa, określenie brutalne, ale moim zdaniem trafne. Niestety idiotyzm leży chyba w sprzecznej relacji do czerpania z mądrze obranego autorytetu.

Z drugiej strony nastaje tendencja do obierania autorytetów banalnych, związanych ściśle z płytką i jałową kulturą masową. Coraz częściej autorytetami stają się po prostu ludzie popularni, którzy tak naprawdę nie reprezentują sobą niczego, zaś ich jedynym, niepodważalnym atutem jest właśnie popularność. Ze względu na to, że nie zamierzam urazić niczyich uczuć, nie będę podawał przykładów.

W tym miejscu wyrasta przed nami kolejny problem – bezkrytyczne postrzeganie autorytetów i bezmyślne ich naśladowanie. Tutaj nasuwa mi się pewien przykład. Pierwszego dnia mojej przygody z liceum ogólnokształcącym, zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego mieliśmy małe klasowe spotkanie pod egidą pani dyrektor, którego celem było zapoznanie się ze sobą poszczególnych uczniów. Po serii podstawowych pytań pokroju „przedstaw się”, „skąd jesteś”, „do jakiej szkoły chodziłeś” i „wymień swoje zainteresowania”, lekko ucierpiała kreatywność zadającej pytania dyrektor i po dłuższym czasie zadała pytanie o autorytet. Gdy doszło do mnie powiedziałem, że autorytetem dla mnie jest Magik (dla niewtajemiczonych Piotr „Magik” Łuszcz urodzony 18 marca 1978 w Katowicach, zmarły tragicznie 26 grudnia 2000 – polski raper, członek Kaliber 44 i Paktofoniki, do tej pory nie znana jest przyczyna śmierci, ale niektórzy twierdzą, że Magik wyskoczył przez okno ze swojego mieszkania). Potem któryś z kolegów zadał mi pytanie, co ja widzę w gościu, który dokonał próby samobójczej i czy zamierzam zrobić podobnie. Zaznaczam, że nie było to pytanie sarkastyczne, ale szczere. Reasumując, uważam że prawdziwego autorytetu nie należy przyjmować bezkrytycznie, tylko czerpać z niego to, co w nim najlepsze, niezwykłe i wyjątkowe, wszak nikt nie jest idealny i ludzie są tylko ludźmi. To, że posiadasz autorytet nie znaczy, że masz zachowywać się tak jak ta osoba, nie musisz ubierać i wysławiać się tak jak ona. Możesz podziwiać i inspirować się tym, co Ci się w tej osobie podoba, co Ci imponuje i tak było w moim przypadku, gdyż Mag był i jest nadal dla mnie niepodważalnym mistrzem rymowanego słowa…

Myślę, że autorytety są czymś ważnym, zwłaszcza w młodym wieku, gdy kształtuje się psychika młodego człowieka. Pozwalają one wtedy obrać odpowiedni azymut rozwoju intelektu i charakteru. To rzecz także istotna dla ludzi, którzy przywiązują uwagę do procesu samodoskonalenia się.
Powyższy post nie ma na celu obrażania nikogo, tylko zwrócenie uwagi na pewną problematykę. Wyszło mi trochę chaotycznie, ale mam nadzieję, że nie zostanę opacznie zrozumiany i zachęcam do dyskusji!
A na deser idealnie pasująca satyra autorstwa Arkadiusza Gacparskiego.gacparski2

Bądź sobą!

Przypomniała mi się jedna rzecz, która skłoniła mnie wielokrotnie do dość głębokich refleksji… Niestety moje przemyślenia nie były zbyt pozytywne i nie napawały mnie optymizmem. Ale do rzeczy…

Jakiś czas temu na ćwiczeniach z socjologii w naszej grupie został poruszony wątek teatralności życia w kontekście tego, że człowiek przybiera różne maski do różnych ról i jest elastyczny w zależności od sytuacji. Praktycznie wszyscy jednogłośnie się z tym zgodzili, ba, powiedzieli wręcz, że sami tak robią i uważają to za normalne. Ja tymczasem siedziałem cicho tłamsząc w sobie wybuchy niepohamowanych emocji…

Ludzie, czy myślicie tak na poważnie!?! A gdzie normalna ludzka szczerość!?! Naprawdę, to co usłyszałem przeraziło mnie okropnie… W dyskusji słychać było opinie, że wielu ludzi teraz tak robi i że ułatwia to życie. Serio? A kto powiedział, że łatwiej znaczy lepiej? Przypomina mi się takie stare, dość dziecinne, ale niezwykle trafne tutaj porównanie… „Jak wszyscy skaczą w ogień, bo twierdzą, że tak jest fajnie, to Ty też skoczysz?”, albo wręcz dosadniej: „Jedzmy g***o, miliony much nie mogą się mylić!”.

W moim mniemaniu dostosowanie siebie do sytuacji (a zwłaszcza własnej moralności) to po prostu… no… w dobitnych słowach mentalne k******o… Wcielanie się w inną osobę to oszukiwanie nie tylko innych, ale przede wszystkim samego siebie. A wymierne korzyści z udawania kogoś lub czegoś? Przepraszam, może wydawać się wam to głupie i staromodne, ale dla mnie istnieje coś takiego jak honor. Nie tylko istnieje, ale jest również priorytetem! Brzydzę się włażeniem komuś w tyłek, żeby samemu mieć lepiej… Dlatego jestem przeciwny „dobieraniu ról i masek” i sam nie mam zamiaru tego robić. Jestem kim jestem i nie będę udawał, że jest inaczej. A zmieniać siebie wolę nie przez udawanie kogoś innego, tylko przez eliminowanie własnych słabości i niedoskonałości…

Podsumowując… To, że inni tak robią, to nie znaczy, że mamy to robić my! „Chcesz zmienić świat, zacznij od siebie!”

Strzeżcie się poprawek!!! ;)

Poprawki przynoszą za sobą przykre, często nieoczekiwane konsekwencje… Tak stało się niestety i w moim przypadku, kiedy to udając się do „odpowiedniej osoby” w celu usprawiedliwienia nieobecności i okazaniu indeksu i zwolnienia lekarskiego zostałem wyzywany od „ludzi śmiesznych”, „przestępców” itp. Oczywiście tłumaczenia, że były dwa terminy poprawek, w tym ta nieoficjalna, gdyż podczas pierwszej „inna odpowiednia osoba” zdołała przepytać 10 osób i potrzebny był drugi termin, kolidujący właśnie niefortunnie z angielskim i przez to trzeba było zdawać drugą poprawkę, nieoficjalną, a przy wpisie widnieje, o zgrozo, data pierwszej poprawki. Żarliwa dyskusja zaowocowała podwyższonym ciśnieniem i skoczeniem tzw. gula (jeśli już trzymamy się języka stricte fachowego), ale „najlepsze” dopiero mnie czekało… Dowiedziałem się, że takie zwolnienie można załatwić sobie na byle bazarze (serio? Ja o takich ciekawych targowiskach nie słyszałem…), że to nadaje się do prokuratury i… coś jeszcze, ale wzburzenie nie pozwoliło mojej percepcji i pamięci zarejestrować owych, zapewne niezwykle „ciekawych” i „celnych” sformułowań… Autentyczność została podważona na podstawie przekonania „odpowiedniej osoby” o tym, że lekarz ZAWSZE wypełnia wszystkie pola, również takie jak PESEL pacjenta i adres zamieszkania (hmmm… moje doświadczenia są zgoła przeciwne – im mniej roboty, tym lepiej) Po moim oświadczeniu, że na zwolnieniu widnieje przecież numer lekarza i skoro „odpowiednia osoba” podważa moją uczciwość (!) to istnieją proste sposoby na zweryfikowanie prawdziwości okazanego dokumentu. Ale „odpowiednia osoba” nie chciała przyjąć tego do wiadomości… A ja nie chciałem się dalej kłócić i szargać i tak już skołatane nerwy… I tak zostałem zrugany, prawie podany do prokuratury i… z nadal nieusprawiedliwionymi godzinami…

P.s. Stosowanie zwrotów takich jak „odpowiednia osoba” było celowe i miało za zadanie wprowadzenie elementów suspensu 😉

Możliwości…

Drugi semestr rozpoczęty… Czas więc, by wyciągnąć wnioski z pierwszego i pomyśleć nad tym co należy poprawić, czemu dać spokój a nad czym się skupić swoją uwagę w obliczu narastającego wrażenia, że doba staje się coraz krótsza… I coraz częściej za krótka… W życiu czas upływa nieubłaganie, ani się spojrzałem a już mamy połowę marca, dlatego też trzeba korzystać z danego nam czasu w odpowiedni sposób, by „wyssać” z niego jak najwięcej treści i wykorzystać możliwości jakie przynosi nam los. I wydaje mi się, że takie możliwości zostają powoli przede mną otwierane. Możliwość współpracy z Radiem Er, czy opcja współtworzenia radia internetowego wraz z innymi studentami to ogromna szansa na zdobycie bezcennego doświadczenia, wzięcia udziału w różnych szkoleniach, czy choćby posłuchania i porozmawiania z ludźmi, którzy od lat żyją z dziennikarskiego rzemiosła, nie wspominając już o autorytetach w tej dziedzinie. Mówcie co chcecie, ale jeśli słyszę, że mogę się nauczyć czegoś od ludzi, którzy są ode mnie znacznie bardziej doświadczeni i „obyci z materią”, a ja mam możliwość też trochę tego zaczerpnąć i na dodatek istnieje szansa załapać się na interesujące mnie kursy, w stylu realizacji dźwięku, to nie wiem jak was, ale mnie to kręci!

Możliwości to jedno, obowiązki – drugie. A trzeba pamiętać, że im więcej rzeczy się podejmuje, tym ilość obowiązków rośnie. Ale chyba trzeba się rozwijać, a ja już przywykłem wymagać od siebie dużo (choć jestem świadomy, że nie zawsze mi wychodzi realizacja zamierzonych celów). Ale w końcu zgadzam się w pełni z maksymą, że „zanim zaczniesz wymagać od innych, wymagaj od siebie”.