Biblioteka KUL jest magiczna?!

Mimo półmroku poprzyklejanego do granitowych ścian rozległego korytarza widziałem to dokładnie… Mój kamrat, serdeczny przyjaciel ze studiów – Bartosz siedział pochylony na plastikowym krześle, jedną dłonią podtrzymując podgardle, drugą zaś przecierając zatroskane oczy. Jego na wpół oświetlone czoło zaczęła zdobić raptownie pulsująca żyła, będąca wykwitem ciężko przeżywanego zdenerwowania i zażenowania zarazem. Ja sam musiałem wyglądać podobnie, gdyż czułem to samo… Obaj oddychaliśmy ciężko, klnąc niemiłosiernie w równych, krótkich odstępach czasowych, przerywając z rzadka te bluźniercze litanie skrótowymi wymianami uwag dotyczących naszego problemu. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Z twarzą beznamiętnie wpatrzoną w wypolerowaną ścianę próbowałem przełknąć ślinę, lecz w ustach odczuwałem jedynie piekącą niemiłosiernie Saharę, która chłostała moje policzki i kubki smakowe. Kropla potu biegnąca od pulsującej skroni powoli i bezszelestnie opływała cały kontur mojej twarzy. W końcu tę gehennę ciszy przerwał Bartek.

– Może spróbujemy w bibliotece naszej uczelni, może jakimś cudem tam będzie? – spytał niepewnym głosem, który wskutek parominutowego milczenia wydawał się okropnie szorstki. Obaj od razu poczuliśmy zimny dreszcz przeszywający nasze pochylone ku marmurowej posadzce korytarza plecy.

– Wydaje mi się, że niestety nie mamy innego wyjścia…  – odparłem i obaj, równocześnie niczym bracia syjamscy westchnęliśmy prawdziwym rozgoryczeniem. – Musimy chyba najpierw poszukać tej książki w katalogu internetowym i wtedy dopiero ewentualnie złożyć na nią rezerwację – dodałem.

– Racja – skwitował Bartek – nie traćmy czasu, chodźmy do czytelni na trzecie piętro, tam są pecety z Internetem.

Przytaknąłem. Mimo trudów owego dnia całkiem żwawo, jak na nas, ruszyliśmy w stronę klatki schodowej. Wybór pomiędzy windą a schodami okazał się banalnie prosty dzięki otwartym na naszym piętrze drzwiom tego kapryśnego dźwigu. W ciągu paru chwil przeplatanych przez pomrukiwania o symbolicznym znaczeniu skierowane na wsiadające z nami studentki psychologii dotarliśmy na trzecie piętro, po czym wskutek paru szybkich susów dzielących nas od czytelni „socjologicznej” znaleźliśmy się przy jej drzwiach. Chwyciłem za zimną jak lód pozłacaną klamkę, obaj błyskawicznie przemknęliśmy ku wolnemu komputerowi, nie najbliższemu, lecz temu, który był położony w samym rogu czytelni, co zagwarantowywało nam namiastkę prywatności, której potrzebowaliśmy. Niezbyt nowoczesna, pokryta grubą warstwą kurzu jednostka centralna została przez mojego towarzysza szybko uruchomiona, co zostało uroczyście obwieszczone przez głośny warkot styranej uczelnianymi doświadczeniami maszyny oraz przez niewiarygodnie ilości ciepła, jakie błyskawicznie zdołała wokół siebie wytworzyć. Dalej, dzięki wątpliwemu zaawansowaniu technicznemu sprzętu, nic już nie szło tak gwałtownie. Kaprysy wolnego komputera podsycały ogień naszego gniewu, co wywoływało z kolei bezwarunkową reakcję w postaci raptownego wysypu przekleństw z naszych podeschniętych z powodu braku śliny ust. I właśnie te bluźnierstwa były jedynym przerywnikiem chwil upływających w klimacie narastającego zdenerwowania. W momencie, gdy atmosfera była już tak gęsta, że można jej było robić seppuku patyczkiem po lodzie nastąpił pierwszy sukces – mój kamrat zdołał zalogować się na stronie biblioteki. Kolejne sukcesy przychodziły wraz z kolejnymi maratonami przekleństw. W końcu udało nam się zamówić dostępny egzemplarz tytułu, który był nam potrzebny jak tlen. Zadowoleni, odetchnęliśmy z ulgą, „po bożemu” wyłączyliśmy wysłużony sprzęt i opuściliśmy przybytek Instytutu Socjologii.

– Nie ma na co czekać, gonimy teraz na Chopina! – powiedział z nieskrywanym zadowoleniem w głosie mój towarzysz Bartosz.

– I tak mamy teraz kolosalne okienko, chodźmy i nie dajmy wydrzeć sobie z rąk tej okazji, bo będzie lipa – odrzekłem i znów obaj jednocześnie odetchnęliśmy, tym razem z ulgą.

Bez chwili zastanowienia opuściliśmy budynek uczelni, tym razem zbiegając po schodach, po czym udaliśmy się na pobliski przystanek MPK. Chwile oczekiwania na trolejbus – fenomen lubelskiej komunikacji miejskiej – ponownie były przerywane przez krótkie, cięte wulgaryzmy. Czekaliśmy. Mimo, że w rzeczywistości dość krótkie, chwile te wydawały się być naszym rozkołatanym przez nerwy umysłom wiecznością. Po dziesięciu minutach spóźnienia feralnego środka lokomocji miarka się przebrała – postanowiliśmy pójść piechotą. W kilkunastominutowej drodze na ulicę Chopina towarzyszyły nam wszechobecne tego dnia wulgaryzmy, będące ewidentnie produktem ubocznym dręczącego nas stresu. Przechodzący obok nas ludzie z trwogą w oczach spowodowaną naszym agresywnym wyglądem, zostawiali nam duży margines przestrzeni, sami uchodząc na boki chodnika. Zdziwiło mnie to, więc spojrzałem na mojego kamrata. Zrozumiałem… Skóra na jego twarzy uparcie nie rezygnowała ze swojej purpurowej barwy, a żyła na czole pulsowała ochoczo, gwałtownie i rytmicznie, niczym wojenny werbel. Oczy płonęły żywym ogniem, a usta skrzywiały się na znak dezaprobaty sytuacji, jaka nas spotkała. Musiałem wyglądać podobnie. W końcu dotarliśmy przed oblicze imponującego budynku – odnowionej biblioteki uniwersyteckiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Nie mieliśmy problemów z rozpoznaniem siedziby biblioteki, wszystko dzięki charakterystycznej fasadzie budynku z jednej strony, której kształtu nie powstydziłby się sam Rubens. Zamysł architektoniczny zrobił na nas wrażenie, zwłaszcza kiedy obaj przez chwilę patrzyliśmy na mieniące się w kwietniowym słońcu ściany koloru ecru. Wrażenie na tyle mocne, że na ułamek sekundy zapomnieliśmy o naszym naglącym problemie. Ale zważając na fakt, że ułamek sekundy nie jest wieczny, błyskawicznie wróciliśmy do przykrej codzienności. Chwyciłem za ciężkie plastikowe drzwi czując jak chłód tworzywa sztucznego choć na chwilę chłodzi rozognioną tkankę na mojej dłoni i przepuściłem przed sobą Bartka i dwie inne studentki. Wewnątrz powiało „wyższą kulturą bankowości”. Takie wnętrza z pewnością miał na myśli Żeromski, gdy pisał o szklanych domach. Nie traciliśmy cennego czasu, przeszliśmy do wypożyczalni, gdzie zostaliśmy, muszę przyznać, dość szybko obsłużeni. Niestety pracowniczka biblioteki szybko rozwiała nasze nadzieje.

– Przykro mi panowie, ale książka jeszcze do nas nie dotarła. Powinna być maksymalnie za pół godziny i wtedy panowie mogą się do nas zgłosić.

Ciężko wyrazić nasze rozczarowanie w tym momencie, ale chyba musieliśmy je skutecznie uzewnętrzniać, gdyż kobieta w średnim wieku po krótkiej chwili dodała:

– Niech się panowie nie martwią, jesteście pierwsi w kolejce po tą książkę i macie ją już „zagwarantowaną”.

Twierdzenie rodem z płytkiego teleturnieju. Mimo, że obaj z moim przyjacielem „wolimy wróbla w garści”, trochę te słowa nas pokrzepiły i uspokoiły zarazem. Wróciliśmy na uczelnię na wykład. Po niedługim czasie, a konkretniej po godzinie, będąc już po wykładzie, uspokojeni szliśmy tą samą drogą do biblioteki. Tym razem szło się nam o wiele lepiej, cieszyliśmy się z blasków słońca, które przegoniły uporczywą i tak nie lubianą przeze mnie zimę. Podziwialiśmy uroki studentek chadzających lubelskimi klimatycznymi uliczkami. Przyjemnie gaworzyliśmy, a miejsce przekleństw i inwektyw zastąpiły dowcipy i fraszki. W miłej atmosferze dotarliśmy do celu. Znów ja otworzyłem ciężkie drzwi, znów przepuściłem Bartka i dwie studentki przed sobą i znów obaj udaliśmy się do wypożyczalni. Pełni spokoju i „wewnętrznej radości” podeszliśmy do tej samej pracownicy, ponownie grzecznie się ukłoniliśmy i spytaliśmy o książkę. Trudno opisać nasze odczucia na jej odpowiedź. Wraz ze słowami wypowiedzianymi przez nią czułem tylko jak uchodzi ze mnie całkowicie powietrze, skronie przeszywa świdrujący ból, a cała moja twarz jest zalewana przez gorącą, piekącą krew.

– Przykro mi, ale ta książka została już wypożyczona…

Nie pomogły tłumaczenia, że mieliśmy ją zamówioną, nie pomogły błagania i domaganie się wyjaśnień. Dowiedzieliśmy się tylko, że pani „nie wie jak to się stało”, i że „nic nie można zrobić”. Magia?

Reklamy

3 Komentarze »

  1. kamuii Said:

    Morał z tego taki, że KUL’owscy studenci są maszynkami do przeklinania. Elo 5, 2, 0.

  2. Rafał Said:

    hehe… dobre, ale jak slusznie zauwazyl Kazik bajka nie ma moralu 😉

  3. Brydzia:) Said:

    Opisałeś to tak realistycznie i szczegółowo, że czytając czułam sie jakbym była obok Was 🙂 Studenci niestety nie mają lekko…


{ RSS feed for comments on this post} · { TrackBack URI }

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: