Archive for Marzec, 2009

Zetena – W Rymach Siła (2005) – recenzja.

Zanim rozpocznę właściwą treść dzisiejszego posta (który to będzie kolejną recenzją, tym razem lubelskiego nielegala Zani Pt. „W Rymach Siła”) postanowiłem, w celu doinformowania wszystkich zainteresowanych zwiedzaniem tego bloga, powiadomić Was, Drodzy Czytelnicy, że dotychczasowy system zamieszczania notek ulegnie zmianie. Aby osiągnąć kompromis pomiędzy zapotrzebowaniem na nowe, świeże i często dodawane notki (chyba głównie moje zapotrzebowanie) a brakiem możliwości technicznych na czynienie tego na obszarze stancji, postanowiłem wprowadzić delikatną zmianę… Otóż postaram się teraz pisać poszczególne notki w Lublinie, zapisywać na jakiś nośnik i dodawać (z wklejoną adekwatną datą) gdy weekendami będę miał dostęp do Internetu w domowym zaciszu.

Przechodząc do meritum – czyli wspomnianej już recenzji, na dzisiejszy dzień postanowiłem zrecenzować świetnego nielegala (zainteresowanym a niedoinformowanym wytłumaczę pojęcie jeśli pojawi się takie pytanie) lubelskiego MC i producenta Zeteny z roku 2005. Dlaczego akurat ta płyta? Dlatego, że płyta w przeciwieństwie do wielu „legalnych” produkcji płyta ta trzyma wysoki poziom, dlatego, że jest na niej sporo fantastycznych smaczków (jak choćby parę mistrzowskich bitów, które wyszły spod ręki Zani), dlatego, że Zania wybrał ciekawą formę połączenia klasycznego albumu producenckiego z nagraniami w których oprócz podkładu udziela się „na mikrofonie”, lub choćby dlatego, że jest to produkcja lokalna i naprawdę warto sprawdzić jak się trzyma lubelska scena i jaki prezentuje poziom.

„W rymach siła” to 19 kawałków (w tym intro, outro), 3 remixy (lubelskiego Snajpera, drugi to remix kawałka Reno „Natura ludzka”, a ostatni z płyty MC z Zamościa – rAs’a) i 14 świeżutkich utworów. Sam Zetena udziela głosu w numerach „Za każde słowo”, „To nie promo” i „Respekt”, natomiast w reszcie utworów możemy usłyszeć zarówno reprezentantów lubelskiego podziemia (jak np. Golon, Tybet, Adei, Dusza, czy legendy lokalnej sceny pokroju Galerii, Snajpera, czy Zeto) jak i underground’owych zawodników spoza Lubelszczyzny (z epatującym energią i posiadającym świetny twardy głos Kamą z Gostynina i niezwykle błyskotliwym i „przyjaźnie bezczelnym” Reno). Jest jeszcze jedna rzecz, która czyni tą produkcję wyjątkową – fantastyczne bity. Poziom ich wysmakowania, dopracowania, nasycenia różnorodnymi brzmieniami, jak i sam dobór odpowiednich sampli pozwala delektować się tymi produkcjami i rozsmakowywać się w każdej nucie. Dzieje się tak, mimo iż momentami MC’s trochę zawodzą (tak jest moim zdaniem w przypadku utworu „Po co Ci to”, gdzie mocno przeciętny Majk udziela się na świetnym podkładzie z genialnym samplem, który przynajmniej u mnie i u kilku znajomych wywoływał dreszcze na plecach, czy też melancholijnym podkładem z „Na faktach nieautentycznych”). Jest tu parę doskonałych utworów, w których goście również imponują formą, jak np. „Taki a nie inny” z Kamą, „To miejsce” z Golonem (z którym Zania współpracował już w ramach projekty BitFabryka), „Rozkręcenie” z jak zwykle mistrzowskim Qubą z Galerii, czy też niosący pozytywny przekaz „Czego chcesz” z gościnnym udziałem chłopaków z Zarysu Zdarzeń.

Dodatkowo zamieszczam tracklistę:

1. Intro
2. Taki a nie inny (ft. Kama)
3. To miejsce (ft. Golon)
4. Za każde słowo (ft. Peny)
5. Rozkręcenie (ft. Galeria)
6. List do znawców (ft. Zeto)
7. Dobre słowo (ft. Boguduch)
8. Po co Ci to (ft. Majk)
9. Zamkniety krąg (ft. SNR (remix))
10. To nie promo (ft. Tybet)
11. Natura ludzka (ft. Reno)
12. Krótka treść o miejscach (ft. Konkret Przekaz)
13. Respekt (ft. Adobe, Golon, Adei)
14. Bezsenność (ft. rAs (remix))
15. Czego chcesz (ft. Zarys Zdarzeń)
16. Nie musisz (ft. K’ucer)
17. Na faktach nieautentycznych (ft. Dusza)
18. Zazdrość (ft. Adei, Rzydo)
19. Outro (ft. Fatmatthew)

Zainteresowanych odsyłam do samej płyty, naprawdę warto!

zna-wrsjpg

Bądź sobą!

Przypomniała mi się jedna rzecz, która skłoniła mnie wielokrotnie do dość głębokich refleksji… Niestety moje przemyślenia nie były zbyt pozytywne i nie napawały mnie optymizmem. Ale do rzeczy…

Jakiś czas temu na ćwiczeniach z socjologii w naszej grupie został poruszony wątek teatralności życia w kontekście tego, że człowiek przybiera różne maski do różnych ról i jest elastyczny w zależności od sytuacji. Praktycznie wszyscy jednogłośnie się z tym zgodzili, ba, powiedzieli wręcz, że sami tak robią i uważają to za normalne. Ja tymczasem siedziałem cicho tłamsząc w sobie wybuchy niepohamowanych emocji…

Ludzie, czy myślicie tak na poważnie!?! A gdzie normalna ludzka szczerość!?! Naprawdę, to co usłyszałem przeraziło mnie okropnie… W dyskusji słychać było opinie, że wielu ludzi teraz tak robi i że ułatwia to życie. Serio? A kto powiedział, że łatwiej znaczy lepiej? Przypomina mi się takie stare, dość dziecinne, ale niezwykle trafne tutaj porównanie… „Jak wszyscy skaczą w ogień, bo twierdzą, że tak jest fajnie, to Ty też skoczysz?”, albo wręcz dosadniej: „Jedzmy g***o, miliony much nie mogą się mylić!”.

W moim mniemaniu dostosowanie siebie do sytuacji (a zwłaszcza własnej moralności) to po prostu… no… w dobitnych słowach mentalne k******o… Wcielanie się w inną osobę to oszukiwanie nie tylko innych, ale przede wszystkim samego siebie. A wymierne korzyści z udawania kogoś lub czegoś? Przepraszam, może wydawać się wam to głupie i staromodne, ale dla mnie istnieje coś takiego jak honor. Nie tylko istnieje, ale jest również priorytetem! Brzydzę się włażeniem komuś w tyłek, żeby samemu mieć lepiej… Dlatego jestem przeciwny „dobieraniu ról i masek” i sam nie mam zamiaru tego robić. Jestem kim jestem i nie będę udawał, że jest inaczej. A zmieniać siebie wolę nie przez udawanie kogoś innego, tylko przez eliminowanie własnych słabości i niedoskonałości…

Podsumowując… To, że inni tak robią, to nie znaczy, że mamy to robić my! „Chcesz zmienić świat, zacznij od siebie!”

…:::FORZA JUVE!!!:::…

JUVE

JUVE

Roma vs. Juve 1-4
FORZA GRANDE JUVE!!!

!!!FORZA BIANCONERI!!!

„Człowiek z blizną” czyli „wzloty i upadki”

Tony MontanaRecenzja filmu „Człowiek z blizną”

Koneserom kina gangsterskiego tego tytułu przedstawiać nie trzeba… Ja chciałbym jednak namówić tych, którzy nie widzieli tego filmu, by zwrócili na niego swą uwagę. Dzieło Briana De Palmy bowiem nosi również znamiona dramatu i poniekąd (moim zdaniem) filmu psychologicznego. Sprawia to, że nie jest to dzieło „o jednej twarzy”, proste, tylko posiada swoistą „głębię”, pewne podteksty i treści, które można wyłowić dopiero po głębszym „wbiciu się w treść” „Scarface’a”. Dodatkowego smaczku dodaje fantastycznie dobrana muzyka (autorstwa Giorgio Morodera), która pozwala mocniej „wczuć się” w niepowtarzalny klimat gangsterskiego półświatka szalonych amerykańskich lat osiemdziesiątych.

Myślę, że największą siłą tego filmu jest jego główny bohater Tony Montana, doskonale zagrany przez giganta kina – Ala Pacino. Aktor, przy dużym udziale reżysera De Palmy i scenarzysty Olivera Stone’a, wykreował niebanalną postać, człowieka z jednej strony niezwykle brutalnego i bezwzględnego, z drugiej zaś ambitnego, bezkompromisowego, trzymającego się kurczowo wyznawanych zasad i wartości. Postać ta więc, pomimo tego, że zdajemy sobie sprawę z jej ułomności, zła i brudu moralnego, wzbudza pewną dozę sympatii i szacunku (przynajmniej takie są moje odczucia). A więc dzieje się podobnie, jak w przypadku legendarnego już Ojca Chrzestnego, wykreowanego pierwotnie przez mistrza kryminału – Mario Puzo.

Mistrzowski kunszt aktorski Ala Pacino jest również niepodważalnym atrybutem „Człowieka z blizną”, zaś przykład jednej z pierwszych scen w filmie – przesłuchania Montany, na pewno na stałe utkwi w mojej pamięci jako przykład niezwykłej aktorskiej sztuki, naturalności i mistrzostwa w kreowaniu bohatera przez aktora.

Specjalnie nie zdradzam żadnych (poza jedną opisaną fragmentarycznie sceną i głównym bohaterem) wątków filmu, gdyż moim zdaniem nie warto zdradzać żadnych wątków fabuły. Pragnę Was tylko zachęcić do obejrzenia tego, kultowego w pewnych kręgach, filmu i własnej oceny wspomnianego dzieła.

Strzeżcie się poprawek!!! ;)

Poprawki przynoszą za sobą przykre, często nieoczekiwane konsekwencje… Tak stało się niestety i w moim przypadku, kiedy to udając się do „odpowiedniej osoby” w celu usprawiedliwienia nieobecności i okazaniu indeksu i zwolnienia lekarskiego zostałem wyzywany od „ludzi śmiesznych”, „przestępców” itp. Oczywiście tłumaczenia, że były dwa terminy poprawek, w tym ta nieoficjalna, gdyż podczas pierwszej „inna odpowiednia osoba” zdołała przepytać 10 osób i potrzebny był drugi termin, kolidujący właśnie niefortunnie z angielskim i przez to trzeba było zdawać drugą poprawkę, nieoficjalną, a przy wpisie widnieje, o zgrozo, data pierwszej poprawki. Żarliwa dyskusja zaowocowała podwyższonym ciśnieniem i skoczeniem tzw. gula (jeśli już trzymamy się języka stricte fachowego), ale „najlepsze” dopiero mnie czekało… Dowiedziałem się, że takie zwolnienie można załatwić sobie na byle bazarze (serio? Ja o takich ciekawych targowiskach nie słyszałem…), że to nadaje się do prokuratury i… coś jeszcze, ale wzburzenie nie pozwoliło mojej percepcji i pamięci zarejestrować owych, zapewne niezwykle „ciekawych” i „celnych” sformułowań… Autentyczność została podważona na podstawie przekonania „odpowiedniej osoby” o tym, że lekarz ZAWSZE wypełnia wszystkie pola, również takie jak PESEL pacjenta i adres zamieszkania (hmmm… moje doświadczenia są zgoła przeciwne – im mniej roboty, tym lepiej) Po moim oświadczeniu, że na zwolnieniu widnieje przecież numer lekarza i skoro „odpowiednia osoba” podważa moją uczciwość (!) to istnieją proste sposoby na zweryfikowanie prawdziwości okazanego dokumentu. Ale „odpowiednia osoba” nie chciała przyjąć tego do wiadomości… A ja nie chciałem się dalej kłócić i szargać i tak już skołatane nerwy… I tak zostałem zrugany, prawie podany do prokuratury i… z nadal nieusprawiedliwionymi godzinami…

P.s. Stosowanie zwrotów takich jak „odpowiednia osoba” było celowe i miało za zadanie wprowadzenie elementów suspensu 😉

Możliwości…

Drugi semestr rozpoczęty… Czas więc, by wyciągnąć wnioski z pierwszego i pomyśleć nad tym co należy poprawić, czemu dać spokój a nad czym się skupić swoją uwagę w obliczu narastającego wrażenia, że doba staje się coraz krótsza… I coraz częściej za krótka… W życiu czas upływa nieubłaganie, ani się spojrzałem a już mamy połowę marca, dlatego też trzeba korzystać z danego nam czasu w odpowiedni sposób, by „wyssać” z niego jak najwięcej treści i wykorzystać możliwości jakie przynosi nam los. I wydaje mi się, że takie możliwości zostają powoli przede mną otwierane. Możliwość współpracy z Radiem Er, czy opcja współtworzenia radia internetowego wraz z innymi studentami to ogromna szansa na zdobycie bezcennego doświadczenia, wzięcia udziału w różnych szkoleniach, czy choćby posłuchania i porozmawiania z ludźmi, którzy od lat żyją z dziennikarskiego rzemiosła, nie wspominając już o autorytetach w tej dziedzinie. Mówcie co chcecie, ale jeśli słyszę, że mogę się nauczyć czegoś od ludzi, którzy są ode mnie znacznie bardziej doświadczeni i „obyci z materią”, a ja mam możliwość też trochę tego zaczerpnąć i na dodatek istnieje szansa załapać się na interesujące mnie kursy, w stylu realizacji dźwięku, to nie wiem jak was, ale mnie to kręci!

Możliwości to jedno, obowiązki – drugie. A trzeba pamiętać, że im więcej rzeczy się podejmuje, tym ilość obowiązków rośnie. Ale chyba trzeba się rozwijać, a ja już przywykłem wymagać od siebie dużo (choć jestem świadomy, że nie zawsze mi wychodzi realizacja zamierzonych celów). Ale w końcu zgadzam się w pełni z maksymą, że „zanim zaczniesz wymagać od innych, wymagaj od siebie”.

…od czegoś zacząć trzeba…

No i czas zacząć… Jakiś czas temu, dokładnie w kwietniu, w przypływie przedmaturalnej nudy i natłoku lenistwa związanego z pisaniem prezentacji z języka polskiego założyłem bloga, nie tego, ale liczy się sam fakt. Sęk w tym, że moich chęci i samozaparcia w prowadzeniu tego rodzaju „działalności” starczyło jedynie na ów pierwszy, rozpoczynający post.

Minęło trochę czasu, zmieniło się życie, studiuję i czuję, że to jest chyba właśnie ta droga, której szukałem w życiu… Ale do rzeczy. Jako, że od dłuższego czasu i tak nosiłem się z zamiarem „wywnętrzania” się na sprytnym tworze jakim jest blog doszedłem do wniosku, że czas reaktywować działalność. Reaktywować? Może to słowo nie jest odpowiednie, może kontynuacja tamtego bloga nie jest dobrym prognostykiem na przyszłość, systematyczność „postulowania” mogłaby być jednocześnie śmieszna, jak i złowroga… Więc postanowiłem założyć „nówkę sztukę”, którą właśnie odwiedzasz…

Koniec tłumaczeń, bo jak mawia stare porzekadło: tłumaczy się tylko winny. Cały powyższy tekst można skwitować dwoma zwrotami: „Witam!” i „Zapraszam”, ale w życiu trzeba trochę komplikacji, by nabrało ono kolorytu 😉

P.s. Co do poziomu pisania – z czasem się rozkręcę 😛