Pijani Powietrzem – „Zawieszeni w czasie i przestrzeni” – obszerna recenzja.

Pierwszym wpisem po oficjalnym „wskrzeszeniu” bloga będzie recenzja. Omawiany przeze mnie materiał wybrałem sugerując się nazwą, moim zdaniem stuprocentowo adekwatną do sytuacji. Materiałem tym jest płyta „Zawieszeni w czasie i przestrzeni” Pijanych Powietrzem. Również i mój blog przez dłuższy czas był zawieszony (w czasie i przestrzeni oczywiście 😉 ) stąd ten wybór opierający się na swoistej symbolice znaczeń.

Pijani Powietrzem to projekt stworzony z członków dwóch ekip: legendarnej katowicko-mikołowskiej Paktofoniki i częstochowskiego EGO, przy czym największy udział w sferze lirycznej mają Fokus z PFK i Śliwka Tuitam z EGO, zaś Rahim i Siwus udzielili swoich rymów i głosów zaledwie w jednym utworze. Warstwą muzyczną zajęli się Rah, DJ Haem, ale również Fokus i Młody i trzeba powiedzieć, że stworzyli oni podkłady zdecydowanie niebanalne, wymykające się klasycznej rapowej konwencji i ocierające się o takie gatunki jak drum’n’bass, jungle, chillout czy nawet house, sami autorzy nazwali tę mieszankę „future hip-hop”. Dodatkowo kawałki zostały zeskreczowane przez DJ Haema i DJ Bambusa. Cały materiał został zarejestrowany we wrześniu 2001 roku, lecz wydano go dopiero pół roku później, dokładanie 9 kwietnia 2002 roku. Natomiast 3 września 2009 roku wydana została reedycja płyty, która oprócz dodatkowego utworu „Porywacze zapalniczek” charakteryzowała się zmienioną oprawą wizualną. Całość trwającej około 40 minut płyty składa się z 14 utworów (w tym intro, outro i dwa skity), czy jak już wspomniałem 15 kawałków w przypadku reedycji.

Dlaczego ta płyta? Bo to idealna propozycja na letni relaks na hamaku, chilloutowe dźwięki idealnie wprowadzają w błogi nastrój i nawet kiedy słuchając tego albumu głęboko analizujesz teksty obu raperów nie męczą Cię one, a raczej pozwalają wkręcić się w delikatnie melancholijny, spokojny klimat.

Przejdźmy teraz do samych utworów:

  1. Intro

Pierwszy utwór na płycie jest fantastyczną zapowiedzią całości materiału, od razu wprowadza nas w owiany delikatną tajemnicą klimat zadumy. Zaraz po włączeniu „Intra” na myśli przychodzi mi psychodeliczny klimat, charakterystyczny dla niektórych artystów śląskiej części sceny, znany choćby z wczesnej twórczości Kalibra 44, choć mi bardziej przychodzą na myśl skojarzenia z „Experymentem psycho” Rahima który został wydany rok po nagraniu „Zawieszonych w czasie i przestrzeni”.

  1. Fotki

Pierwszy „pełnoprawny” utwór na płycie kontynuuje enigmatyczny klimat rozpoczęty „Intrem”. Świetny podkład, z genialnymi, szybkimi przejściami perkusji – czymś niespotykanym ówcześnie na polskiej scenie, a obecnie bardzo popularnym zabiegu nie tylko w rapie, ale i w całej gamie muzyki popularnej coraz mocniej wzorującej się na „czarnej muzyce”. Świetne rymy, Fokus klasycznie dla siebie nie schodzi z mistrzowskiego poziomu – nienaganna technika, świetny głos, niemiłosierne nawarstwianie rymów, natomiast Śliwka zaskakuje czasem intonacją (chwilami wręcz tak niekonwencjonalną, że delikatnie wchodzącą off-beat), ale ma to swój urok i moim zdaniem tylko dodaje całości artyzmu i niepowtarzalności.

  1. Latający Holender

Jak dla mnie jeden z lepszych utworów na płycie, niezwykle relaksujący i spokojny, do tego okraszony świetnymi rymami, które na dodatek zdają się być składane przez Fokusa i Śliwkę ot tak, od niechcenia, z wielką swobodą i łatwością. Ciekawym zabiegiem jest obranie przez autorów formy dialogu, skrajnie odmienne głosy tych dwóch raperów, twardy i niski tembr Smoka i jakże inny, melodyjny Tuitam, brzmi to naprawdę ciekawie.

  1. Miniatury

Kompozycja inna od poprzedniej, o czym przekonujemy się już od samego bardzo niekonwencjonalnego początku autorstwa Fokusa. Kawałek znacznie bardziej dynamiczny (podkreślają to choćby skrecze), ze świetnym podkładem (jak dla mnie mistrzowski sampel!), kolejny dobrze napisany i nawinięty utwór. Obaj MC’s bawią się z wielką swobodą słowami, porównaniami i samymi głosami (co możemy usłyszeć pod koniec utworu, kiedy to Smok i Śliwka bawią się głoskami tytułowych „miniatur”.

  1. Haemskit

Krótki skit, autorstwa DJ’a Haem’a, ciekawym zabiegiem jest skontrastowanie bardzo spokojnej pętli instrumentalnej z dynamiczną perkusją i istnymi wariacjami opolskiego DJ’a na gramofonach (użyty w tym celu „sampel” – czy jakkolwiek nazwać ten dźwięk – przypomina niezbicie odgłosy jakie wydawała z siebie „konsola” Pegasus, relikt mojej młodości 😉 ).

  1. Zmysły, emocje

Niezwykle spokojny i refleksyjny utwór, w którym współgra każdy element: podkład, rymy, głosy, skrecze. Wybitny Fokus, świetny Śliwka Tuitam. Utwór pełny niekonwencjonalnych porównań i jak już wspomniałem bardzo refleksyjny. Dla mnie mistrzostwo…

 

  1. Labirynt

Kolejna świetna, refleksyjna kompozycja. Obaj raperzy niezwykle nawarstwiają rymy, które podobnie jak porównania i metafory są niekonwencjonalne. Zdecydowanie mocny punkt całej płyty. Ciekawostką jest odniesienie się w utworze do popularnego niegdyś serialu „W labiryncie”, co słyszymy dość często w tym kawałku („w labiryncie ludzkich spraw”).

 

  1. Równowaga

Krótki, trwający niespełna minutę, popis lirycznych umiejętności Fokusmoka. Szybki, dynamiczny i ciekawy przerywnik między bardziej refleksyjnymi i melancholijnymi utworami.

 Myślę i nic

Kolejny klasyk z tej płyty, kawałek o braku weny. Ciekawy bit (dobry sampel w tle i przepełniona hi-hatami perkusja), jak zwykle wychillowany i perfekcyjny Fokus, równie intrygujący Śliwka, a dodatkowo ciekawe „wstawki” (między zwrotkami i na końcu), które zwłaszcza przy pierwszym odsłuchaniu kawałka potrafią rozbawić.

 

  1. Skit

Skit instrumentalny, bardzo orientalny z resztą.

 

  1. Późnym popołudniem

Kawałek zaczyna się tematem muzycznym rozpoczętym w poprzedzającym go skicie, po czym następuje przejście. Kolejny utwór, w którym Pijani Powietrzem nawarstwiają rymy i szastają oryginalnymi metaforami i zwrotami.

 

  1. M.A.T.O. (feat. Rahim, Siwus)

Dwunasty utwór na “Zawieszonych w czasie i przestrzeni” to mój zdecydowany faworyt, przynajmniej jeśli chodzi o wersję albumu sprzed reedycji. Niezwykle klimatyczny i dopracowany, idealny na relaks. Podkład stwarza niesamowitą atmosferę, zaś dzięki świetnie dobranym samplom wprowadza nas w swoisty trans, mantrę spokoju. Uwielbiam początek tego kawałka i głos Rahima deklamujący poszczególne litery tytułu.

  1. Outro

Outro jest świetnie dobrane. Fajnie, klasycznie cięte sample i stopniowe wyciszanie całej pętli podkładu pozwala nam myśleć, że jest to dobre zakończenie całej płyty…

 

  1. Ała

…ale mamy jeszcze jeden utwór! I to nie byle jaki, bo oto Fokusmok i Śliwka Tuitam postanowili nam przedstawić historię o bólu zęba! Intrygujący, eklektyczny bit, Fokus który postanowił przez cały utwór bawić się wymową i udawał wadę wymowy związaną z literą „r”, tekst pełen humoru… I w tym momencie Pijani Powietrzem po prostu mnie rozłożyli na łopatki, bo czegoś takiego po prostu nie mogłem się spodziewać.

 

  1. Porywacze zapalniczek (tylko na reedycji albumu)

Kawałek, który został zamieszczony jako bonus w wydanej w 2009 roku reedycji płyty jest… No, jak dla mnie jest genialny… Dobry tekst, świetnie flow, fantastyczny bit, fenomenalna dynamika całego utworu, po prostu poezja. Powiem więcej, tak mi się wkręcił w czaszkę, że teraz słucham go na okrągło, naprawdę wielki big up dla chłopaków za tę kawalinę!

Podsumowując… „Zawieszeni w czasie i przestrzeni” Pijanych Powietrzem to świetna propozycja dla osób poszukujących czegoś innego od klasycznego rapu, miejskiego nawijania o życiu, czy też ulicznych bangerów. Jeśli więc szukasz pozycji wymykającej się kanonom hip-hopu, a do tego lubisz sobie wychillować i nie boisz się przy tym myśleć – ta płyta jest dla Ciebie. Każdy utwór to bogactwo niekonwencjonalności, zaś kompozycyjnie i lirycznie to manifest przeciw nudzie, stereotypom i hołd eksperymentom i muzycznej odwadze.

Kończąc już podzielę się z Wami jedną refleksją. Cieszę się, że powróciłem do pisania bloga, gdyż istnieje prawdopodobieństwo, że gdybym tego nie zrobił, nie powróciłbym do tej płyty. A nie wiem jak to się stało, że te parę lat temu, po pierwszym odsłuchaniu Pijanych Powietrzem przeszedłem obok tego albumu jakoś obok, za co teraz publicznie biję się w pierś. I mam nadzieję, że jest to wystarczająca rekomendacja „Zawieszonych w czasie i przestrzeni”.

Na deser zostawiam nie zamieszczony na płycie remix kawałka „Myślę i nic” autorstwa DJ’a Haem’a, dla mnie absolutnie genialny.

Wychillujcie przy jego smooth-jazzowym klimacie, PEACE!

Wstępniak… Again…

Spokój… Światło dzienne leniwie przeciska się przez wąskie szczeliny żaluzji i błękitną taflę zasłon. Cisza… Chwila ciszy… Sekunda odpoczynku dla membran głośników falujących w rytm perkusji i basu blues rockowych utworów. Leniwie sączę chłodną herbatę, której gorzki i cierpki smak choć na chwile ucisza moje wiecznie niezaspokojone pragnienie. I właśnie w tej chwili ciszy, w momencie przełączania się playlist na odtwarzaczu z albumu „Polskie gitary grają Hendrixa” na kilka utworów Stevie’ego Ray’a Vaughan’a w mojej głowie przemyka krótka myśl. Kreuje się koncept… Najpierw jako impuls nerwowy wzdłuż neuronów, by potem uaktywnić się w mojej głowie jako „genialny pomysł”. Przełykam spory haust herbacianego napoju, po czym dochodzę do wniosku, że skoro moje obowiązki pozwalają mi już na wygospodarowanie odrobiny czasu, to może czas… …wskrzesić bloga! Ba, wraz z zakończeniem semestru i zdaniem pracy licencjackiej tego czasu powinienem mieć znacznie więcej, czym tłumaczę sobie nazwanie tego pomysłu genialnym.

Wiem, że próbowałem to zrobić wiele razy, lecz teraz powinno wyjść, wszak w każdym poprzednim wypadku chęć reaktywowania bloga poparta była jedynie nudą, brakowało dodatku  w postaci odpowiedniego zasobu czasu. Poza tym inspiracje czają się za każdym rogiem naszej codziennej egzystencji! No, zobaczymy jak to będzie, na razie czas postawić symboliczną kreskę i wziąć się do roboty…

Symboliczna Gruba Kreska

Samochód dla studenta – prolog.

Są rzeczy, o których niektórzy potrafią rozmawiać godzinami. Dla mnie takim tematem niezaprzeczalnie jest motoryzacja. Całymi dniami mógłbym o niej dyskutować, wymieniać argumenty, doświadczenia i spostrzeżenia.

Dla niektórych to tylko środek transportu, ot zwykły przedmiot, który będzie służył i spełniał swoje zadanie wożenia swego właściciela z miejsca do miejsca. Ja uważam, że to coś znacznie więcej. Poza aspektem czysto użytkowym to także kwestie estetyczne i emocje, jakie odczuwam w trakcie obcowania z danym autem, szybsze bicie serca na widok jakiegoś modelu, o którym marzę od dawna. To ciarki na plecach gdy słyszę gang silnika, najlepiej pięciocylindrowego, lub „V-ósemki”.Zdziwić by się można jak głęboko można przeżywać takie obcowanie z samochodem. On także może silnie działać na naszą percepcję bodźców, ma swój zapach, swój dźwięk, przy dotyku wzbudza różne odczucia, w końcu może nas w pewien sposób inspirować. Jazda samochodem może dawać dużo frajdy, często uspokaja i pozwala się wyciszyć, oderwać od codzienności.

Samochody. Niektórym kojarzą się ze smogiem, smrodem spalin i zatłoczonymi ulicami. Mi natomiast z pasją, fascynacją i ogromnymi emocjami. Niby to właśnie tylko przedmiot, a jednak moim zdaniem tkwi w nim jakaś magia, tajemnicza siła przyciągania moich myśli implikująca marzenia.

Podobnie jak wielu młodych ludzi, zwłaszcza przedstawicieli płci brzydkiej, marzę od dawna o swoim własnym aucie. Marzenia te stały się genezą moich licznych przemyśleń i poszukiwań, godzin spędzonych w internecie na przeróżnych forach tematycznych, a także na czytaniu różnych publikacji i prasy fachowej. W końcu doszedłem do tego, że moje wnioski mogę publikować właśnie tu, a nuż ktoś zechce wesprzeć na tym oko, lub moje przemyślenia komuś pomogą.

Zarysowałem pewien schemat, wzór auta jakie byłoby dobre dla studenta (i nie tylko, bo wspomniany student to tylko model targetu – młodego człowieka o ograniczonym budżecie). Powinien być to samochód relatywnie tani, ekonomiczny (o szczegółach później), bezawaryjny. Dobrze by było także, gdyby jazda nim sprawiała choć trochę przyjemności, tak żeby i wilk był syty i owca cała, gdyż nie można moim zdaniem podchodzić do zakupu auta stricte praktycznie. Istotnym punktem moich rozważań jest również wspomniana wcześniej ekonomia jazdy, nie tylko w kwestii zużycia paliwa, ale także bezawaryjności, ceny podzespołów i części eksploatacyjnych. Ponieważ tak dużą uwagę zwracam na koszta, a także jestem zagorzałym zwolennikiem instalacji LPG (która to pozwala właśnie na znaczą redukcję tych kosztów) przy każdym aucie będę rozważał założenie „gazu”. Ważnym kryterium będzie tu również „kompatybilność” instalacji gazowej z danym autem, a konkretniej danym silnikiem, gdyż nie każda jednostka napędowa dobrze znosi LPG.

Koniec wstępnych szczegółów. W kolejnych odsłonach będę prezentował wyszukane przeze mnie auta, które moim zdaniem najlepiej spełniają wyżej opisane kryteria. Nowy cykl czas zacząć!

Czy Juventus się podniesie?*

Tegoroczny sezon w wykonaniu Juventusu Turyn jest kompromitujący. Zespół, który miał z roku na rok stawać się silniejszy, po zeszłorocznym obiecującym drugim miejscu miał w tym roku walczyć o najwyższe trofea, ze scudetto i wygraniem Ligi Mistrzów włącznie. Tymczasem na dwie kolejki przed końcem tego sezonu drużyna ze stolicy Piemontu zajmuje dopiero siódme miejsce w tabeli i zagra zaledwie w Lidze Europejskiej, będącej jedynie namiastką słynnej Champions League.
Teraz rzekomo to wszystko ma się zmienić, gdyż włodarze klubu zapowiedzieli rewolucję. Marazm i brak wyników tak drażniący tifosich mają zniknąć na dobre i co najważniejsze powrócić ma dawny Juventus – drużyna pełna werwy i determinacji, gotowa walczyć do upadłego by osiągnąć upragnione cele, a tym samym uszczęśliwić swoich sympatyków.
Przedsięwzięto radykalne kroki. Od przyszłego sezonu krytykowanego Jean-Claude’a Blanc’a na fotelu prezesa ma zastąpić popularny Andrea Agnelli, „człowiek który kocha Juve i zna się na piłce” jak zgodnie twierdzą komentatorzy włoskiego calcio. W kuluarach krąży wieść głosząca, że nowym trenerem zostanie Rafael Benitez – znakomity taktyk, obecnie trener angielskiego Liverpoolu. Wymieniane są także inne znane nazwiska: Arsène Wenger, Cesare Prandelli, Didier Deschamps, Marcello Lippi, Fabio Capello, czy też Luciano Spalletti. Jednak ktokolwiek zostanie nowym szkoleniowcem Juve, będzie miał do dyspozycji ogromny budżet transferowy wynoszący 80 milionów euro, plus środki pozyskane z ewentualnych sprzedaży obecnych, a niepotrzebnych już zawodników. A tych ostatnich może odejść sporo, gdyż skład ma zostać solidnie „przewietrzony” i odmłodzony. Odejść mają zawodnicy, którzy nie sprostali stawianym oczekiwaniom, a zastąpić ich mają gracze z najwyższej półki, gdyż zarząd poszedł w końcu po rozum do głowy i ma zrezygnować z półśrodków, co już od dawna postulowali sympatycy turyńskiej drużyny.
Przeciwnicy Turyńczyków wątpią w „odrodzenie” Bianconerich, argumentując swój pogląd tym, że przecież już w zeszłym sezonie ówczesny trener Juve, Cirro Ferrara, miał do dyspozycji spory budżet transferowy przekraczający 50 milionów euro. Ponadto za wielkie kwoty przyszli zawodnicy naprawdę dobrzy, tacy jak Brazylijczyk Diego i jego rodak Felipe Melo, ale niestety nie spełnili pokładanych w nich oczekiwań. Warto jednak zaznaczyć, że te wątpliwości jedynie w małym stopniu są słusznie umotywowane, gdyż każdy zawodnik potrzebuje czasu na aklimatyzację, zwłaszcza w zespole dla którego gra wiąże się z niesamowitą wręcz presją i ogromnymi oczekiwaniami. Zawodnicy Ci zatem, mimo co najwyżej przeciętnego sezonu za sobą, w przyszłym roku mogą grać znacznie lepiej, zwłaszcza w momencie, gdy zespół zacznie prowadzić szkoleniowiec, który będzie znał się na taktyce i będzie umiał odpowiednio „poukładać” zespół.
Jakiś czas temu podobna sytuacja miała miejsce w przypadku najsłynniejszego niemieckiego klubu piłkarskiego – Bayernu Monachium. Bawarczycy również zawodzili w lidze i europejskich pucharach, więc zarząd postanowił przeprowadzić rewolucję w drużynie. Tak samo jak ma mieć miejsce w przypadku Juve zaczęto od zatrudnienia odpowiednio dobrego szkoleniowca, którym został Louis van Gaal. Ten z kolei sprowadził kilku znakomitych piłkarzy, w tym przede wszystkim swego rodaka Arjena Robbena, który z miejsca stał się głównym motorem napędowym Bawarczyków i dzięki któremu to Bayern wciąż ma szanse w tym sezonie na potrójną koronę: mistrzostwo i puchar Niemiec, które już zdobyli i wygranie Ligi Mistrzów, której to finał odbędzie się pod koniec maja. W podobne „odrodzenie” wierzą właściciele Juventusu.
Warto również zaznaczyć, że włodarze turyńskiej drużyny muszą sprawić, by zespół grał lepiej, gdyż tracą oni finansowo i to ogromne sumy związane nie tylko z małą ilością sprzedawanych biletów, ale również i spadkiem cen akcji Juventusu (będącego spółką akcyjną) na światowych giełdach.
Luciano Moggi, obecnie jeden z największych znawców i komentatorów włoskiej piłki wielokrotnie wypowiadał się, że Juventus stać na odrodzenie, trzeba jednak przedsięwziąć radykalne kroki, łącznie ze zmianami na najwyższych stanowiskach zarządu klubu. Dlatego zaraz po ogłoszeniu, że od czerwca prezesem zostanie Andrea Agnelli stwierdził, że jest to najlepszy z możliwych wybór, bo jest on emocjonalnie związany z tą drużyną, a ponadto zna się na futbolu, a nie jest jedynie ekonomistą jak jego poprzednik.
Są podstawy by sądzić, że Juventus podniesie się z chwilowego kryzysu. Po raz pierwszy od lat planowane są daleko idące zmiany na wielu płaszczyznach, począwszy od składu zarządu, przez nowy stadion, trenera, piłkarzy, a na polityce medialnej i ekonomicznej kończąc. Niektóre z nich już są zrealizowane, niektóre są w realizacji, a niektóre dopiero będą. Jednak zarówno ilość, skala, jak i zakres zmian pozwalają twierdzić, że turyński zespół wyjdzie z impasu. „Nowy Juventus” prawdopodobnie będzie lepszy, a na pewno inny.
*Publikowany tekst to chreja mojego autorstwa, która została napisana parę miesięcy temu na zajęcia z Retoryki i erystyki, jest więc to tekst archiwalny.

Pożywka

W sobotni ranek budzi mnie dźwięk syren pojazdów uprzywilejowanych. Pierwszy jeszcze odruchowo zbywam i próbuję spać dalej, ale chaotyczna symfonia kilku kolejnych sygnałów i przede wszystkim ich bliskość powoduje zerwanie się z łóżka i przetarcie zaspanych oczu.

Przyciskam nos do zimnej tafli okna, rozglądam się i… nie widzę niczego nadzwyczajnego… Zwracam uwagę jedynie na to, że znów napadało sporo wstrętnego śniegu. Ale do moich z biegiem czasu rozbudzanych zmysłów zaczyna docierać coraz więcej bodźców. Syreny… Gdzieś blisko… Bardzo blisko… Nakładam bluzę czując wewnętrzny niepokój. Wychodzę na balkon powoli i ostrożnie stawiając kroki po śliskich płytkach jakimi wyłożony jest balkon. I widzę… Kolejny wypadek na Nadbystrzyckiej. Mały Ford Ka i niewiele większy Opel Tigra, dwa wozy strażackie i zawracająca właśnie karetka. Ale z perspektywy ósmego piętra niewiele widać, drzewa zasłaniają resztę jezdni, a w wypadku coś się nie zgadza – Opel ma zgięty przód, mimo że stoi tyłem złączony z Fordem. Może jest trzeci? Ciężko mi przełknąć ślinę. Brat wyjechał na uczelnię z rana. Szybko chwytam za komórkę i wysyłam smsa z pytaniem czy wszystko ok. Muszę się upewnić, szybko ubieram ciepły dres, narzucam na siebie niedbale kurtkę, chwytam za czapkę i wychodzę. Zjeżdżam na dół windą, wychodzę pospiesznie z bloku i szybkim krokiem zmierzam w kierunku Nadbystrzyckiej ślizgając się na zamarzającym śniegu. Dochodzę do miejsca zdarzenia i… czuję wielką ulgę… Nie ma trzeciego auta… Do tego przychodzi odpowiedź od Kuby, „tak, a co jest?”. Na miejscu mało się dzieje, policjanci z nie oznakowanego radiowozu drapią się po głowach, a żadnego strażaka nie widzę w pobliżu, pomimo dwóch pojazdów tej służby. Ranni już zabrani, na miejscu stoi jedynie spora dość liczna grupka gapiów snujących insynuacje i podważających inteligencję ofiar wypadku. Szybko wizualizuję sobie wypadek i dochodzę do wniosku, że Opel jest tak odwrócony, bo zapewne po uderzeniu zaczął się obracać, a potem siłą rozpędu „dobił” do drugiego auta. Chcę wrócić do mieszkania. Odwracam się i w tym momencie zaczepia mnie pytaniem dojrzała kobieta, niczym nie wyróżniająca się wśród innych, „ktoś zginął?”, „nie wiem, mam nadzieję, że nie” odpowiadam zamierzając odchodzić, a kobieta kwituje to westchnieniem i zawiedzioną miną. Nie potrafię zajrzeć jej w umysł i odczytać myśli, ale zabrzmiało to… okrutnie… Zabieram się w drogę powrotną, idę po schodach w kierunku supermarketu mijając po drodze dwóch mężczyzn, na oko 27 – 30 lat. Obaj dzierżą w dłoniach po aparacie cyfrowym i wymieniają spostrzeżenia: „ten debil za*******ał pewnie od miasta”, „no i nie potrafił tego robić tak jak my, bez przypału”, po czym biorą się do robienia zdjęć. Wracając myślę…

To, że mało ambitne media faszerują nas jeszcze mniej ambitnymi treściami nie jest tylko „zasługą” dziennikarzy, ale również samych odbiorców – to ich chore fascynacje powodują, że poruszana jest tematyka odnosząca się do tak niskich instynktów. Gwałty, morderstwa, kradzieże, dewiacje, śmierć… Kontrowersyjne rzeczy przyciągają audytorium… Gdyby nie obleśna ciekawość rzeczy, które powinny zostać w strefie prywatnej osób (choćby tych znanych), nie pociąg do tego co złe (chociażby po to, żeby przez chwilę poczuć się lepszym) to podejrzewam, że wydawcy nie zgadzali się na drukowanie tak płytkich tekstów. A że w dzisiejszym świecie niestety praktycznie wszystko kręci się wokół blasku monety media korzystają z okazji i niestety spełniają niskie oczekiwania mas karmiąc je takimi właśnie treściami. Błędne koło… Czy jest wyjście z tej sytuacji? To już pozostawiam do refleksji każdemu, kto przeczytał ten tekst i ma na te przemyślenia ochotę.

Święta Bożego Narodzenia mają swój niepowtarzalny czar i atmosferę. Podobno sprawia ona, że zwierzęta przemawiają ludzkim głosem 😛 Mnie też ów „klimat” ogarnął swym niebanalnym urokiem, choć może w sposób delikatnie mniej zauważalny i kontrowersyjny 😉 Mianowicie postanowiłem „wskrzesić” bloga, tchnąć trochę ducha i kreatywności (mam nadzieję) w jego niematerialny byt. Ożywić, a zarazem rozwinąć. Dlatego też zamierzam skupić więcej swojej uwagi, czasu i starań na tą działalność. Mam nadzieję, że nie bezowocnie i że Tobie, drogi Czytelniku przypadnie do gustu plon owych starań 🙂

Biblioteka KUL jest magiczna?!

Mimo półmroku poprzyklejanego do granitowych ścian rozległego korytarza widziałem to dokładnie… Mój kamrat, serdeczny przyjaciel ze studiów – Bartosz siedział pochylony na plastikowym krześle, jedną dłonią podtrzymując podgardle, drugą zaś przecierając zatroskane oczy. Jego na wpół oświetlone czoło zaczęła zdobić raptownie pulsująca żyła, będąca wykwitem ciężko przeżywanego zdenerwowania i zażenowania zarazem. Ja sam musiałem wyglądać podobnie, gdyż czułem to samo… Obaj oddychaliśmy ciężko, klnąc niemiłosiernie w równych, krótkich odstępach czasowych, przerywając z rzadka te bluźniercze litanie skrótowymi wymianami uwag dotyczących naszego problemu. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Z twarzą beznamiętnie wpatrzoną w wypolerowaną ścianę próbowałem przełknąć ślinę, lecz w ustach odczuwałem jedynie piekącą niemiłosiernie Saharę, która chłostała moje policzki i kubki smakowe. Kropla potu biegnąca od pulsującej skroni powoli i bezszelestnie opływała cały kontur mojej twarzy. W końcu tę gehennę ciszy przerwał Bartek.

– Może spróbujemy w bibliotece naszej uczelni, może jakimś cudem tam będzie? – spytał niepewnym głosem, który wskutek parominutowego milczenia wydawał się okropnie szorstki. Obaj od razu poczuliśmy zimny dreszcz przeszywający nasze pochylone ku marmurowej posadzce korytarza plecy.

– Wydaje mi się, że niestety nie mamy innego wyjścia…  – odparłem i obaj, równocześnie niczym bracia syjamscy westchnęliśmy prawdziwym rozgoryczeniem. – Musimy chyba najpierw poszukać tej książki w katalogu internetowym i wtedy dopiero ewentualnie złożyć na nią rezerwację – dodałem.

– Racja – skwitował Bartek – nie traćmy czasu, chodźmy do czytelni na trzecie piętro, tam są pecety z Internetem.

Przytaknąłem. Mimo trudów owego dnia całkiem żwawo, jak na nas, ruszyliśmy w stronę klatki schodowej. Wybór pomiędzy windą a schodami okazał się banalnie prosty dzięki otwartym na naszym piętrze drzwiom tego kapryśnego dźwigu. W ciągu paru chwil przeplatanych przez pomrukiwania o symbolicznym znaczeniu skierowane na wsiadające z nami studentki psychologii dotarliśmy na trzecie piętro, po czym wskutek paru szybkich susów dzielących nas od czytelni „socjologicznej” znaleźliśmy się przy jej drzwiach. Chwyciłem za zimną jak lód pozłacaną klamkę, obaj błyskawicznie przemknęliśmy ku wolnemu komputerowi, nie najbliższemu, lecz temu, który był położony w samym rogu czytelni, co zagwarantowywało nam namiastkę prywatności, której potrzebowaliśmy. Niezbyt nowoczesna, pokryta grubą warstwą kurzu jednostka centralna została przez mojego towarzysza szybko uruchomiona, co zostało uroczyście obwieszczone przez głośny warkot styranej uczelnianymi doświadczeniami maszyny oraz przez niewiarygodnie ilości ciepła, jakie błyskawicznie zdołała wokół siebie wytworzyć. Dalej, dzięki wątpliwemu zaawansowaniu technicznemu sprzętu, nic już nie szło tak gwałtownie. Kaprysy wolnego komputera podsycały ogień naszego gniewu, co wywoływało z kolei bezwarunkową reakcję w postaci raptownego wysypu przekleństw z naszych podeschniętych z powodu braku śliny ust. I właśnie te bluźnierstwa były jedynym przerywnikiem chwil upływających w klimacie narastającego zdenerwowania. W momencie, gdy atmosfera była już tak gęsta, że można jej było robić seppuku patyczkiem po lodzie nastąpił pierwszy sukces – mój kamrat zdołał zalogować się na stronie biblioteki. Kolejne sukcesy przychodziły wraz z kolejnymi maratonami przekleństw. W końcu udało nam się zamówić dostępny egzemplarz tytułu, który był nam potrzebny jak tlen. Zadowoleni, odetchnęliśmy z ulgą, „po bożemu” wyłączyliśmy wysłużony sprzęt i opuściliśmy przybytek Instytutu Socjologii.

– Nie ma na co czekać, gonimy teraz na Chopina! – powiedział z nieskrywanym zadowoleniem w głosie mój towarzysz Bartosz.

– I tak mamy teraz kolosalne okienko, chodźmy i nie dajmy wydrzeć sobie z rąk tej okazji, bo będzie lipa – odrzekłem i znów obaj jednocześnie odetchnęliśmy, tym razem z ulgą.

Bez chwili zastanowienia opuściliśmy budynek uczelni, tym razem zbiegając po schodach, po czym udaliśmy się na pobliski przystanek MPK. Chwile oczekiwania na trolejbus – fenomen lubelskiej komunikacji miejskiej – ponownie były przerywane przez krótkie, cięte wulgaryzmy. Czekaliśmy. Mimo, że w rzeczywistości dość krótkie, chwile te wydawały się być naszym rozkołatanym przez nerwy umysłom wiecznością. Po dziesięciu minutach spóźnienia feralnego środka lokomocji miarka się przebrała – postanowiliśmy pójść piechotą. W kilkunastominutowej drodze na ulicę Chopina towarzyszyły nam wszechobecne tego dnia wulgaryzmy, będące ewidentnie produktem ubocznym dręczącego nas stresu. Przechodzący obok nas ludzie z trwogą w oczach spowodowaną naszym agresywnym wyglądem, zostawiali nam duży margines przestrzeni, sami uchodząc na boki chodnika. Zdziwiło mnie to, więc spojrzałem na mojego kamrata. Zrozumiałem… Skóra na jego twarzy uparcie nie rezygnowała ze swojej purpurowej barwy, a żyła na czole pulsowała ochoczo, gwałtownie i rytmicznie, niczym wojenny werbel. Oczy płonęły żywym ogniem, a usta skrzywiały się na znak dezaprobaty sytuacji, jaka nas spotkała. Musiałem wyglądać podobnie. W końcu dotarliśmy przed oblicze imponującego budynku – odnowionej biblioteki uniwersyteckiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Nie mieliśmy problemów z rozpoznaniem siedziby biblioteki, wszystko dzięki charakterystycznej fasadzie budynku z jednej strony, której kształtu nie powstydziłby się sam Rubens. Zamysł architektoniczny zrobił na nas wrażenie, zwłaszcza kiedy obaj przez chwilę patrzyliśmy na mieniące się w kwietniowym słońcu ściany koloru ecru. Wrażenie na tyle mocne, że na ułamek sekundy zapomnieliśmy o naszym naglącym problemie. Ale zważając na fakt, że ułamek sekundy nie jest wieczny, błyskawicznie wróciliśmy do przykrej codzienności. Chwyciłem za ciężkie plastikowe drzwi czując jak chłód tworzywa sztucznego choć na chwilę chłodzi rozognioną tkankę na mojej dłoni i przepuściłem przed sobą Bartka i dwie inne studentki. Wewnątrz powiało „wyższą kulturą bankowości”. Takie wnętrza z pewnością miał na myśli Żeromski, gdy pisał o szklanych domach. Nie traciliśmy cennego czasu, przeszliśmy do wypożyczalni, gdzie zostaliśmy, muszę przyznać, dość szybko obsłużeni. Niestety pracowniczka biblioteki szybko rozwiała nasze nadzieje.

– Przykro mi panowie, ale książka jeszcze do nas nie dotarła. Powinna być maksymalnie za pół godziny i wtedy panowie mogą się do nas zgłosić.

Ciężko wyrazić nasze rozczarowanie w tym momencie, ale chyba musieliśmy je skutecznie uzewnętrzniać, gdyż kobieta w średnim wieku po krótkiej chwili dodała:

– Niech się panowie nie martwią, jesteście pierwsi w kolejce po tą książkę i macie ją już „zagwarantowaną”.

Twierdzenie rodem z płytkiego teleturnieju. Mimo, że obaj z moim przyjacielem „wolimy wróbla w garści”, trochę te słowa nas pokrzepiły i uspokoiły zarazem. Wróciliśmy na uczelnię na wykład. Po niedługim czasie, a konkretniej po godzinie, będąc już po wykładzie, uspokojeni szliśmy tą samą drogą do biblioteki. Tym razem szło się nam o wiele lepiej, cieszyliśmy się z blasków słońca, które przegoniły uporczywą i tak nie lubianą przeze mnie zimę. Podziwialiśmy uroki studentek chadzających lubelskimi klimatycznymi uliczkami. Przyjemnie gaworzyliśmy, a miejsce przekleństw i inwektyw zastąpiły dowcipy i fraszki. W miłej atmosferze dotarliśmy do celu. Znów ja otworzyłem ciężkie drzwi, znów przepuściłem Bartka i dwie studentki przed sobą i znów obaj udaliśmy się do wypożyczalni. Pełni spokoju i „wewnętrznej radości” podeszliśmy do tej samej pracownicy, ponownie grzecznie się ukłoniliśmy i spytaliśmy o książkę. Trudno opisać nasze odczucia na jej odpowiedź. Wraz ze słowami wypowiedzianymi przez nią czułem tylko jak uchodzi ze mnie całkowicie powietrze, skronie przeszywa świdrujący ból, a cała moja twarz jest zalewana przez gorącą, piekącą krew.

– Przykro mi, ale ta książka została już wypożyczona…

Nie pomogły tłumaczenia, że mieliśmy ją zamówioną, nie pomogły błagania i domaganie się wyjaśnień. Dowiedzieliśmy się tylko, że pani „nie wie jak to się stało”, i że „nic nie można zrobić”. Magia?

Nadszeł czas…

Po ponad dwumiesięcznej posusze czas przerwać lenistwo i napisać coś konkretnego!

Ostani mecz Pavla Nedveda…

Dzisiejszego dnia po raz pierwszy od dłuższego czasu moje oczy oszroniły się łzami… Pavel Nedved, mój ogromny autorytet, meczem z Lazio w ostatniej kolejce włoskiej Serie A oficjalnie zakończył swój ośmioletni pobyt w moim ukochanym turyńskim Juventusie…

01

p13PavelNedved

Nedved5

32

40arezzofa7

atalanta_juventus_nedved

Juventus+v+Real+Madrid+UEFA+Champions+League+quF7jWhnqLfl

nedved1

Teoretycznie powinienem powinienem być przygotowany psychicznie na odejście tego trzydziestosześcioletniego już pomocnika, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że już dwukrotnie w ostatnich latach odkładał On już decyzję o „zawieszeniu butów na kołku” i zakończeniu piłkarskiej kariery, ale mimo wszystko zawsze w mojej małej, wiernej głowie tifosiego Bianconerich zawsze tliła się iskierka nadziei…Ba, moje ciche prośby zostały nawet spełnione, ale nie do końca…Tylko po części… Otóż Pavel ma się w najbliższym czasie zastanowić nad pomysłem kontynuowania swej kariery, ale niestety pewne jest już, że odejdzie On z ekipy Starej Damy. Włodarze Juve rozmawiali z Nedvedem i Jego agentem na kilku spotkaniach w ostatnim czasie i proponowali przedłużenie umowy z czeskim pomocnikiem (roczny kontrakt miał opiewać na maksymalnie połowę obecnych zarobków, co uzależnione byłoby od ilości występów), ale Nedved nie zdecydował się na podpisanie nowej umowy, jak sam podkreślał, nie ze względów finansowych (akurat Jemu wierzę w stu procentach). Tym samym zarząd udowodnił po raz kolejny swoją nieudolność i w żenujący sposób pożegnał się z człowiekiem, który oddawał Zebrom swe serce i całego siebie… Pewnie ludzie, którzy mnie znają mogą stwierdzić, że często narzekam na władze mojego kochanego klubu, ale w większości wypadków mam rację, a już na pewno w tym przypadku – tak nie powinno się postępować z żywą ikoną Bianconerich! Pavel stwierdził po meczu, że jest to jego ostatni mecz w karierze i że teraz chce poświęcić się rodzinie, by nagrodzić jej stracony czas – i to należy uszanować.

465322949

6192055

article-0-03ABA4E4000005DC-826_468x480

Chelsea+v+Juventus+UEFA+Champions+League+IULzi-3wX5hl

Pavel-Nedved4.preview

Real+Madrid+v+Juventus+UEFA+Champions+League+0FxJhwICXnSl

Odbijając od wątku zarządu, odejście Nedveda, niby spodziewane, a tak mocno mną wstrząsnęło… W pożegnalnym spotkaniu Pavel jak zwykle dawał z siebie wszystko, popisał się kilkoma znakomitymi zagraniami (łącznie z piękną asystą przy drugim golu Vincenzo Iaquinty) i parokrotnie był bliski strzelenia bramki w meczu przeciw swemu byłemu klubowi – Lazio. Pięknym przykładem świecili koledzy, którzy starali się Mu w tym pomóc, czego przykład mogliśmy ujrzeć przy wykonywaniu jednego z rzutów wolnych, kiedy to stały egzekutor wspomnianych stałych fragmentów gry, fantastyczny Alex Del Piero „pozwolił” wykonać wolego właśnie Pavlowi (Alex po klasycznej „zmyłce” odbiegł w kierunku bramki, a Pavel świetnie przyłożył pod poprzeczkę, ale dobrze ustawiony Juan Pablo Carrizo zdołał „wyciągnął” ten strzał na rzut rożny).

Moje nerwy puściły dokładnie w 83 minucie spotkania, kiedy to Cirro Ferrara zdecydował się na zmianę Tiago za Nedveda, by pozwolić Pavlowi pożegnać się z turyńską publicznością. Przy oklaskach na stojąco kilkudziesięciu tysięcy tifosich Juve mogliśmy ujrzeć obrazek Nadveda w objęciach wszystkich kolegów z zespołu i właśnie ta scena wymusiła na moich kanalikach łzowych spontaniczną reakcję…

1

2

Nedved bym moim idolem już od dawien dawna… W barwach Juventusu pojawił się latem 2001 roku, kiedy to Juventus wyłożył Lazio za Niego aż 41 milionów euro, co do tej pory jest najwyższą kwotą transferową za czeskiego zawodnika w historii. Zaraz po przyjściu do Turynu Pavlowi stawiano niezwykle wysoką poprzeczkę – miał On zastąpić w drużynie Bianconerich technicznego geniusza, Zinedine Zidana, który odszedł do madryckiego Realu. Pavel sprostał oczekiwaniom, choć był zawodnikiem o znacznie innej charakterystyce, niż popularny Zizou. W opinii wielu kibiców z zastąpionej luki, powstała wręcz górka, jeśli chodzi o jakość w grze Juventusu. W jednym z wywiadów, legendarny trener drużyny ze stolicy Piemontu – Marcello Lippi podsumował Pavla w słowami: „ten chłopak chyba nawet przez sen biega!” i myślę, że każdy tifosi to potwierdzi. Pavel Nedeved zawsze imponował ambicją i determinacją. To były moim zdaniem jego główne atuty, choć nie brakowało mu umiejętności piłkarskich, takich jak choćby umiejętność grania na praktycznie każdej pozycji w pomocy, świetny drybling, wytrzymałość, potężny strzał (również z dystansu). To właśnie te dwie główne cechy sprawiły, że stał się dla mnie ogromnym autorytetem i nauczył, że trzeba oddawać całe serce w to, co się kocha, czy to, że zawsze trzeba dawać z siebie wszystko, bo inaczej nic nie ma sensu. Byćmoże piszę te słowa trochę chaotycznie, ale to przez ogromną dawkę emocji, jakie towarzyszą tym słowom, przez ogromne rozczulenie i sentyment… Dla mnie po prostu zawsze był, jest i będzie mistrzem, wielkim autorytetem, którego wartości należy przenieść na życie codzienne!

nedved7

nedved_310808-2289671

ITALIAN SOCCER

Pavel Nedved rozegrał w sumie w barwach Juventusu Turyn 327 spotkań, z czego niemal 250 w najwyższej włoskiej klasie rozgrywkowej – Serie A. Zdobył tu wiele cennych nagród, takich jak mistrzostwo Włoch i Superpuchar Włoch, finał Ligi Mistrzów, Złotą Piłkę.

nedved

W reprezentacji Czech zagrał w 91 spotkaniach, zdobywając w nich 18 bramek.

Dziękuję Ci w imieniu chyba wszystkich kibiców Starej Damy za wspaniałe 8 lat, w czasie których swoim zaangażowaniem, ambicją i determinacją pokazywałeś nam wzór prawdziwego Juventino. Dziękuję za wspaniałe dryblingi, podania, cudowne woleje, kąśliwe strzały z dystansu… Dziękuję za wielkie serce do gry i za przywiązanie do biało-czarnych barw… Za wszystko Pavel, po stokroć dziękuję…

24ned

Panie i Panowie, temu człowiekowi należy się pokłon, hołd i miejsce na zawsze w sercach kibiców Juventusu Turyn!

cover_nedved_bol

Diego (prawie) w Juventusie… Koniec sagi???

Diego Ribas da Cucha, znany szerszej publiczności jako po prostu Diego, to postać która od dawna jest ucieleśnieniem marzeń tifosich Juventusu. Najpierw krótka notka biograficzna tego nieszablonowego zawodnika:

Diego Ribas da Cunha urodził się 28 lutego 1985 roku w brazylijskim mieście Ribeirão Preto. Jego nominalną pozycją jest ofensywny pomocnik (rozgrywający) czyli klasyczna 10. Mierzy 1,74m, waży 75kg.

Co ciekawe zanim „związał się” z solidnym klubem zdobył w 2001 roku Mistrzostwo Ameryki Południowej do lat 17. Swoją profesjonalną piłkarską karierę Diego zaczynał w słynnym Santosie w sezonie 2002/03.

Diego-santos2

W zespole słynnych Santástico występował z sukcesami do 2004 roku (w którym to razem z Santosem sięgnął po Mistrzostwo Brazylii, a z reprezentacją Canarinhos zdobył Copa America). W sumie w barwach Santosu rozegrał 64 w których strzelił 21 bramek. Prezentował się tam na tyle dobrze, że zaczęto go nazywać brazylijskim Maradoną, a również jego dobra gra zaowocowała zainteresowaniem solidnych europejskich klubów. Ostatecznie Diego (być może ze względów językowych, a nie tylko piłkarskich) zdecydował się na transfer do FC Porto. W zespole Smoków jednak nie szło mu jednak tak dobrze jak planował i mimo takiego samego języka (w Brazylii również obowiązuje portugalski) Diego nie potrafił się jednak zaaklimatyzować, mimo niezłego pierwszego sezonu w barwach Dragões (30 rozegranych spotkań i trzy bramki).

268045_MEDIUMSQUARE

Jednak załamanie jego kariery nastąpiło w drugim sezonie w Portugalii, w którym to Diego nie zawsze mieścił się w wyjściowej jedenaste Smoków i wystąpił w zaledwie 19 ligowych meczach strzelając w nich tylko jedną bramkę. W trakcie swego dwuletniego pobytu na Estádio do Dragão Diego wystąpił w sumie w 48 spotkaniach strzelając 4 bramki, sięgnął także z ekipą Porto po Puchar Interkontynentalny (w 2004r), Puchar Portugalii (również 2004), i mistrzostwo tego kraju (w 2006). Mimo słabego ostatniego sezonu zainteresował się nim Werder Brema, który za sprowadzenie Brazylijczyka zapłacił 6 milionów euro (co jednak okazało się jedną z najlepszych inwestycji w historii niemieckiego klubu).

degen_diego_468x345

57456519

DiegoNew3

DiegoWerder_468x606

Diego wyróżniał się od początku swego pobytu w klubie znad Wezer. Szybko stał się podstawowym ogniwem klubu z Brmy, swoistym „motorem napędowym” zaliczając nie tylko wiele pięknych asyst, ale również nierzadko wyręczając kolegów z ataku. Warto odnotować, że w sezonie 06/07 został wybrany najlepszym zawodnikiem Bundesligi. Do tej pory w Werderze Diego rozegrał 81 spotkań strzelając w nich aż 36 bramek. W tym roku Diego pokazał swój geniusz w licznych występach z bremeńczykami w Pucharze UEFA, gdzie dotarł ze swym zespołem aż do finału, w którym przegrał z ukraińskim Szachtarem. Zawodnik ten pokazał paletę swoich umiejętności chociażby w ćwierćfinałowym dwumeczu z Udinese, w którym to strzelił 4 (!) bramki. W reprezentacji Brazylii rozegrał już 33 spotkania, w których strzelił 4 bramki.

Po całej sadze plotek transferowych wydaje się, że w końcu doprowadzony zostanie do końca transfer Diego do ekipy Bianconerich. Co ciekawe, jak przyznaje sam zawodnik, Juventus interesował się jego osobą jeszcze za czasów występów w Santosie.

diego-brazil

diego_brasil_x_canada

Mniej więcej od dwóch lat Diego jest łączony „na poważnie” z najbardziej utytułowaną włoską drużyną. Już dwa lata temu mówiło się o tym, że porozumienie między bremeńczykami a włodarzami turyńskiego klubu jest bliskie. Ba, mówiło się nawet, że Juve pozyska zarówno Diego, jak i innego pomocnika z Werderu – Torstena Fringsa. Jednak jak się później okazało z obu transferów wyszły przysłowiowe nici. W zeszłym sezonie zawodnik również był łączony z Juve, jak cała rzesza innych zawodników mających wzmocnić kulejącą pomoc. Oprócz Brazylijczyka najgłośniej mówiło się o sprowadzeniu Xabiego Alonso, z którym to Brazylijczyk mógłby tworzyć niezwykle kreatywny duet środkowych pomocników stwarzających swymi genialnymi podaniami liczne okazje kolegom z napadu, lecz summarum suma z obu transferów nic nie wyszło, a zamiast Brazylijczyka, czy Hiszpana do Bianconerich dołączył za 10,75miliona euro (!) przeciętny Duńczyk Christian Poulsen. „Genialny”, (na szczęście już ex) trener Juve Claudio Ranieni razem z równie „zdolnym” Alessio Secco stwierdzili, że Xabi nie nadaje się do Juve, „bo jest za wolny” (hmm… a myślałem że Premiership w której doskonale sobie radzi jest ligą znacznie szybszą, niż taktyczna liga włoska ze słynnym Catenaccio), natomiast Brazylijczyk nie pasuje do koncepcji drużyny forsowanej przez Ranieriego (formacja 4-4-2 z dwoma defensywnymi pomocnikami w środku). Czas pokazał, że Poulsen okazał się kompletnym transferowym niewypałem, Xabi Alonso rozgrywa najlepszy sezon odkąd przeprowadził się do Liverpoolu, a o świetnym sezonie Diego zarówno na „niemieckim podwórku” jak i w europejskich pucharach już wspominałem. Ciekawym wątkiem jest cena za Brazylijczyka, gdyż Werder Brema żąda za niego 25 milionów euro, a posiada zaledwie 85% praw do jego karty zawodniczej (pozostałe 15% są w posiadaniu ojca piłkarza, który jest również jego doradcą i managerem). Oznacza to, że aby zaspokoić żądania włodarzy Werderu Stara Dama musiałaby wyłożyć za zawodnika około 29 milionów euro!

Podobno transfer Diego ma być dzisiaj sfinalizowany. Coś jest na rzeczy, gdyż nawet oficjalna strona klubu z Bremy o tym informuje. Natomiast strona Juventusu milczy, gdyż jak głosi prawo, do 1 czerwca nie mogą oni ujawniać swoich transferów (poza wolnymi zawodnikami), gdyż Bianconeri są spółką giełdową. Czas pokaże co się stanie i jak Juve się wzmocni. Ciekaw jestem Waszego zdania na ten temat.

logo_juve_HD_gwen59

Z ostatniej chwili – na oficjalnej stronie Bianconerich pojawiła się informacja, że Diego podpisał pięcioleni kontrakt! FORZA JUVE!!!

« Older entries